Menu
1 / 0
Aktualności /

Leszek Walczak: staram się patrzeć perspektywicznie

Leszek Walczak: staram się patrzeć perspektywicznie

Chociaż najbliżej mu do rzutu oszczepem, to w życiu przebiegł też maraton. Od połowy roku piastuje funkcję trenera głównego bloku rzutów w Polskim Związku Lekkiej Atletyki. – Staram się zawsze patrzeć na zawodników perspektywicznie – mówi w długiej rozmowie Leszek Walczak (na zdjęciu głównym pośrodku).

Urodzony w 1962 roku w Żninie Leszek Walczak od lat jest cenionym specjalistą od trenowania rzutu oszczepem, ale w swojej szkoleniowej karierze prowadził także zawodników z innych konkurencji technicznych. Na co dzień związany z Trójmiastem, weekendy chętnie spędza w leśnym zaciszu. Przez wiele lat zasiadał też na fotelu wicedyrektora do spraw sportowych Zespołu Szkół Sportowych i Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku, był trenerem kadry oszczepników. W 2025 roku wygrał konkurs i został nowym szefem bloku rzutów w Polskim Związku Lekkiej Atletyki.

Siekiera. Czy to narzędzie kojarzy Ci się bardziej jako przyrząd do treningu rzutu oszczepem, czy jednak jako narzędzie związane z lasem, pomocne przy obróbce drewna?

Ukończyłem fajną szkołę, jaką było Technikum Leśne w Tucholi. Mam też domek w lesie, gdzie tej siekierki używam często. Mogę zatem powiedzieć, że weekendowo kojarzy mi się z różnymi celami związanymi z drewnem. Natomiast w treningu, na przykład podczas obozów w Cetniewie, używamy siekier jako naturalnej formy przygotowania specjalnego, ściągniętej kiedyś od Finów. Ona ma swoje miejsce i wartość w procesie treningowym oszczepników, jaki preferuję.

Wróćmy do tej Tucholi, bo tam zaczęła się przygoda Leszka Walczaka z rzutem oszczepem.

Tak było! Właśnie w Tucholi spotkałem się z wieloma dziedzinami sportu. Natomiast nasz polonista – Władysław Grochowski – wspaniały, nietuzinkowy człowiek, był też instruktorem lekkiej atletyki. On dawał szansę na uprawienie tej dyscypliny. Specjalizował się w rzutach, a ponieważ byłem takim szczupakiem – ważyłem wówczas nieco ponad 60 kilogramów - jedyną konkurencją, do której pasowałem był właśnie oszczep. Szybko mi się to spodobało. Walczyłem sam ze sobą, ale jako junior doprowadziłem rekord życiowy do poziomu 62.16, co patrząc na moją ówczesną masę, było całkiem sporym osiągnięciem.

Z Tucholi trafiłeś do Gdańska, gdzie kolejne sportowe kroki stawiałeś pod czujnym okiem olimpijki, dyskobolki Krystyny Nadolnej.

To wspaniały epizod, niesamowita osobowość. Zresztą nie tak dawno temu udało mi się odwiedzić po latach trenerkę. Żałuję tylko tego, że to była tylko jednoroczna przygoda. Po niej pani trener miała przerwę w pracy szkoleniowej, wyjechała z Polski. Zostałem sam, coś tam trenowałem, bo oszczep zawsze był pod ręką. Pod koniec studiów zaczęliśmy z kolegą poważniej trenować, ale to były trudne czasy. Było ciężko nawet z jedzeniem i nie miałem potrzebnej energii do takiego intensywnego trenowania. Już na wiosnę organizm zaczynał się buntować.

Zaczynały się jednak lata 90. i praca trenerska. Zamiana miejsca na stadionie i wydaje się, że dość szybko ona przyniosła pierwsze sukcesy. Jednym z tych pierwszych utalentowanych oszczepników, których szkoliłeś, był leworęczny Marcin Droń. On był bliski wyjazdu na mistrzostwa świata juniorów.

Tak, to był bardzo zdolny zawodnik. Jego sukcesy przyszły faktycznie dość szybko. Ja pracowałem wówczas jako asystent w zakładzie lekkiej atletyki w gdańskiej AWFiS i miałem kilka godzin w szkole sportowej. Tam od młodzika trenowałem Marcina Droniai Kasię Trojanowską. Oni zdobywali złote medale mistrzostw Polski. To sprawiło, że ta moja praca trenerska zaczęła mieć w życiu istotne miejsce. Z takiego „pana asystenta” na uczelni stałem się trenerem. Mówiąc szczerze, bardziej mi to pasowało. To była taka prawdziwa praca, realne problemy, różna młodzież i taka ciągle obecna „zagwozdka” - jak nauczyć kogoś rzucać oszczepem. Rzeczywiście Marcin, patrząc z dzisiejszej perspektywy, był pierwszym zawodnikiem, którego mogłem doprowadzić do igrzysk olimpijskich. W życiu jednak bywa różnie. Marcin, sympatyczny człowiek, miał jednak w tamtym czasie zupełnie inne priorytety. Nasza przygoda zakończyła się w zasadzie już za juniora. On skończył szkołę, miał inne cele. Natomiast wspomniana Kasia Trojanowska była w 1996 roku na Mistrzostwach Świata Juniorów w Sydney. To też dla mnie było ciekawym, emocjonalnym doświadczeniem – pierwsza impreza zagraniczna mojej wychowanki. Chciałbym podkreślić, że te wydarzenia solidnie motywowały mnie do dalszej pracy.

Ta praca przyniosła wymierne efekty. W lekkoatletyce najbardziej miarodajne są oczywiście wyniki. Ilu 80-metrowców masz na swoim trenerskim koncie?

Szóstkę. To Igor Janik, Bartek Osewski, Paweł Rakoczy, Hubert Chmielak, Cyprian Mrzygłód i Dawid Wegner. Dodam jeszcze do tego Basię Madejczyk, która przyszła do mnie na studia z wynikiem na poziomie 50 metrów i po kilku latach pracy ze mną, pojechała na igrzyska do Aten rzucając w Gdańsku minimum kwalifikacyjne – 61,36m. Zresztą mamy z Basią do dziś bardzo dobry kontakt, mieszka nadal w rodzinnej Ustce.

Rzuty na ponad 60 i 80 metrów to w oszczepie poziom światowy. W minionym sezonie regularnie tak daleko rzucali Cyprian Mrzygłód i Dawid Wegner, obaj z gdańskim rodowodem, jeśli chodzi o szkolenie. To dowód na to, że zbudowałeś silną myśl szkoleniową w oszczepie?

Czynnikiem świadczącym o trenerze jest jego warsztat szkoleniowy, który powinien być zawsze wypadkową wiedzy, doświadczeń i własnych, nieustannych przemyśleń dotyczących istoty uprawianej konkurencji. Spotykałem w życiu trenerów, którzy mieli problem z określeniem swojego trenerskiego kręgosłupa – no, ale chyba nie jest to takie proste. Ja ciągle swój warsztat dopracowuję. Zbieram materiały, asymiluję do treningu to, do czego jestem przekonany. To chyba właściwa droga dla każdego trenera, który nie chce zbędnie tracić energii. Dróg do osiągnięcia sukcesu jest wiele, ale każdy powinien iść własną.

Ważna jest taka systematyczność w treningu, która przekłada się potem na systematyczne uzyskiwanie cennych wyników. Taki równy sezon ma za sobą Twój podopieczny Dawid Wegner. To, co zrobił w Tokio, wielu odbierało z pewną dozą szaleństwa, rzecz jasna takiego pozytywnego.

W ostatnich latach miałem pod opieką trzech chłopaków – Cypriana Mrzygłóda, Eryka Kołodziejczaka i Dawida Wegnera. To była trójka zawodników, która skończyła naszą gdańską szkołę sportową. Miałem wobec tej trójki ciekawe plany, które jednak życie trochę zweryfikowało. Cyprian i Eryk odeszli z Gdańska, wybrali inne drogi. Oczywiście życzę im jak najlepiej, ale miałem taki projekt, aby cała ta trójka rzucała po 80 metrów. Został Dawid i muszę powiedzieć, że sezon, który jest za nami, był naprawdę udany. Jest w nim jednak pewne zastanowienie, pytanie, na które ciągle nie mam odpowiedzi. Co w istocie spowodowało, że w tym roku Dawid rozstrzygał ważne konkursy w ostatnich rzutach?

Tak było, chociażby w eliminacjach w Tokio.

Dokładnie! Do końca nie wiem co za tym stoi. Być może to stabilizacja życiowa. Pracuję z Dawidem na co dzień i wiem, jakim jest zawodnikiem, człowiekiem. Rok 2025 był pierwszym, w którym potrafił się tak mobilizować. Wspomniałeś o Tokio, ale tak było m.in. w Berlinie na mityngu ISTAF, czy na mistrzostwach Polski. W Bydgoszczy Cyprian przerzucił Dawida, ale to było emocjonujące, rozwojowe dla oszczepu i fajne dla wszystkich kibiców. Zresztą mam taką satysfakcję, że Cyprian Mrzygłód to mój wychowanek. Wierzę, że obaj będą w zdrowiu i będą zdobywać medale na seniorskich imprezach.

Wróćmy do Dawida Wegnera i tego, co stoi za tym jego tegorocznym sukcesem? On już wcześniej rzucał ponad 80 metrów, był na igrzyskach, startował w finale mistrzostw świata. Natomiast ten rok był przełomowy.

Wiara. Ona napędza i zawodnika i trenera. Dawid bardzo uwierzył w swoje możliwości. Przed Tokio nie mogę powiedzieć, że byłem spokojny, lecz czekałem z dużym zainteresowaniem na start. Podczas obozu, już w Japonii w Zao, zrobiliśmy dwa pełne treningi techniczne. Pierwszy po przylocie wyszedł słabo. Wynikało to jak przypuszczałem z aklimatyzacji, natomiast za drugim razem oszczep latał daleko. Wtedy pomyślałem, że w Tokio może być ciekawie, bo to nie był jedyny taki daleki rzut Dawida. Już na stadionie, podczas konkursów, obserwując Jego zachowanie, wierzyłem, że może być dobrze, mimo tych pierwszych nieudanych prób. Oczywiście to 85.67 mnie zaskoczyło, liczyłem na 2-3 metry krótszą próbę. W każdym razie radość była przeogromna. Chciałbym podkreślić, że ten wynik i cały ten sezon jest bardzo dobrym prognostykiem na kolejne lata. Fajnie ten oszczep dźwigać do góry.

Za plecami wspomnianych czyha już Roch Krukowski.

Oj, to jest chłopak, który ma ogromne papiery na rzucanie. Od lat wnikliwie obserwuję jego rozwój. Wszystko idzie w dobrym kierunku. Roch ma w przyszłym sezonie przed sobą mistrzostwa świata juniorów do lat 20, w dalekiej Ameryce, bo ciągle jest jeszcze juniorem, więc komfort i cierpliwość w rozwoju jego kariery to najistotniejsze elementy.

W tym roku zamieszała z kolei w żeńskim oszczepie Małgorzata Maślak-Glugla. Miła niespodzianka.

Miła, ale dla mnie nie aż tak duża niespodzianka. Pamiętam takie zawody w maju 2023 roku w Kielcach. Rozpoczynaliśmy kolejny sezon, a Dawid rzucił tam po raz pierwszy ponad 80 metrów. Gosia startowała również i w pierwszej próbie osiągnęła ponad 57 metrów, ale oddała rzut dobrze ponad 3 metry przed linią kończącą rozbieg. Pomyślałem wtedy, że jeśli dobrze wymierzy rozbieg, to oszczep poleci 60 metrów, już wtedy było w niej widać duży potencjał. Z zainteresowaniem czekam na jej rzuty w przyszłym sezonie.

Rozmawiać o rzucie oszczepem moglibyśmy bardzo długo, ale przejdźmy do pozostałych konkurencji, którymi opiekujesz się jako szef bloku rzutów. Za progiem sezon halowy, a tam czekają nas starty kulomiotów. Wydaje się, że Konrad Bukowiecki na stałe wrócił na wysoki poziom, znak zapytania stoi obok wracającego do zdrowia Michała Haratyka. Kibice zastanawiają się też nad dyspozycją Klaudii Kardasz.

Zacznijmy od Konrada. On faktycznie wrócił już na wysoki poziom. Może namieszać w przyszłym sezonie i trzymam za to kciuki. Widzę natomiast dużo problemów w damskiej kuli. Zmiana trenera przez Klaudię Kardasz nie przyniosła oczekiwanych wyników. Nastąpił wręcz regres. Klaudia nie ma na chwilę obecną kwalifikacji na Halowe Mistrzostwa świata w Toruniu. Aktualnie trenuje w tej chwili w domu ze swoim trenerem. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że zawsze łatwiej jest wrócić na poziom swojego rekordu życiowego, niż go poprawić nawet o centymetr. Dlatego uważam, że jeśli Klaudia dobrze przepracuje najbliższy okres, to jest w stanie pchać zdecydowanie ponad 18 metrów. Oczywiście kwalifikacja na Halowe Mistrzostwa Świata nie będzie łatwa, ale jako organizatorzy imprezy mamy swoje przywileje.

Tymczasem w rzucie dyskiem wydaje się, że bardzo dużo swoistego odświeżenia wniósł Robert Urbanek, który po karierze zawodniczek wszedł w obszar trenerski.

Dość modnym ostatnio trendem jest to, że zawodnicy zmieniają się w trenerów. Czasem robią to dość energicznie, żeby nie powiedzieć gwałtownie... Robert to człowiek z ogromną energią. Jest młodym trenerem i liczę, że wyciągnie wnioski po pierwszym sezonie w roli szkoleniowca. Fajny postęp zrobiła u niego Weronika Muszyńska, ale są jeszcze Daria Zabawska i Oskar Stachnik.

Ta dwójka rzucała jednak latem 2025 regularnie ponad 60 metrów.

Tak, oczywiście. Jeśli ktoś jest na takim dobrym poziomie, dość wysokim nazwijmy to jasno, to nie jest zbieg okoliczności. Z takich rzutów łatwiej przejść do lepszych rezultatów i rekordów i trzymam za nich kciuki, aby to się udało w przyszłym sezonie. Mam pewne spostrzeżenia i przy najbliższej okazji podzielę się nimi z Robertem. Zresztą rozmawialiśmy długo na początku sezonu, gdy jego zawodnicy startowali w Gdańsku. Notabene chciałbym tutaj zwrócić uwagę na pewien problem.

Jaki?

Zacznę od takiej oczywistej sprawy – trener w rzutach jest dużo bardziej potrzebny. Bez niego ani rusz. Natomiast tych trenerów mamy coraz mniej. Jest grupka młodych szkoleniowców – to dobrze- natomiast żeby wejść na poziom europejski i światowy trzeba czasu. To jest wyzwanie, które stoi przed nami – jak poradzić sobie z tym problemem. Obserwowałem kiedyś trenerów piłki nożnej. Oni są zmuszani do tego, żeby się szkolić. Tylko że, za tym idą konkretne gratyfikacje. Typowa metoda kija i marchewki. Oczywiście my w lekkiej atletyce musimy w tym szkoleniu iść w kierunku jakości. Tylko trzeba zbudować system, bo opieranie się na wolontariacie nie sprawdzi się na dłuższą metę.

Wydaje się, że ta metoda kija i marchewki jest też teraz potrzebna z drugiej strony – do zachęcania dzieciaków do naprawdę ciężkiego treningu, bo jeśli chodzi o konkurencje rzutowe, to są i tony przerzucane na siłowni i wymagająca technika.

Jest jeszcze jedna sprawa, o której zawsze mówię i podkreślałem też w mojej ofercie podczas konkursu na stanowisko szefa bloku. W rzutach zawodnik musi dojrzewać. Nie da się tutaj pójść na skróty. Nie jest możliwe, żeby 15-latek rzucał seniorskim oszczepem 80 metrów. Potrzebny jest czas, cierpliwość. To jest największy problem dla dzisiejszej młodzieży, którą współczesność nastawia wręcz codziennie na natychmiastowy efekt. Droga na skróty w rzutach po prostu się nie opłaca, bo nie pozwala, dojść do poziomu do jakiego dany zawodnik ma predyspozycje.

Historia pokazuje nam wiele przypadków, gdy dobry junior nie osiągnął pokładanych w nim celów seniorskich. W konkurencjach technicznych widać to najbardziej. Przypomina mi się na przykład młociarz Maciej Pałyszko. On był fenomenem w kategorii juniora, ale później – chociaż rzucał ponad 80 metrów jako senior – nie zrobił zawrotnej kariery. Zdolnej młodzieży nam nie brakuje, ale jak nakierować ją na tą właściwą drogę do sukcesów?

Nawiążę jeszcze do Maćka. Znałem go osobiście przed laty, znałem jego tatę-trenera. Wiele lat temu spotykaliśmy się na zgrupowaniach i Zbigniew Pałyszko pokazywał filmiki, na których kilkuletni Maciek rzucał młotem dwukilogramowym na zawrotne odległości. To było wówczas imponujące, ale chyba nie do końca jest to właściwa droga dla konkurencji rzutowych. Organizm ma – nazwijmy to umownie – swoją pojemność. Ta „pojemność rzutowa”, jest moim zdaniem ograniczona. Jeśli zbyt wcześnie zaczniemy ją intensywnie wypełniać, to w pewnym momencie organizm zaprotestuje. Ucieka wtedy motywacja, i trudno przekonać zawodnika, że znów musi oddać np. 10 000 rzutów, aby wrócić na topowy poziom. To pokazuje, jak bardzo trzeba patrzeć do przodu, jak bardzo trener powinien patrzeć na zawodnika perspektywicznie. Czasem trzeba coś zmienić w mezocyklu, poczekać z pewnymi ćwiczeniami. Innym razem musimy zmodyfikować trening. To wszystko powinno sprowadzać się do jednego mianownika – jego przyszłości w sporcie. Natomiast wracając do rzutu młotem, to rzeczywistym problemem w kraju jest też brak infrastruktury. Proszę sobie wyobrazić, że w całym Trójmieście nie ma ani jednego miejsca, w którym można by uprawiać tę konkurencję.

Najbliższej jest Połczyn koło Pucka?

Dokładnie tak. Jest też Skórcz.

To zawsze był silny ośrodek młociarski.

Rysiu Różycki to człowiek, który trzymał i trzyma przez lata ten ośrodek. Zresztą podobnie jak ja kończył Technikum Leśne w Tucholi.

Z jakimi jeszcze problemami boryka się polska lekkoatletyka w sektorze rzutów?

Wymiana doświadczeń. Nie wiem, z czego to wynika, ale prawdopodobnie ludzie obawiają się dzielić wiedzą. Ostatnio Asia Fiodorow i Mikołaj Rosa, nasi trenerzy rzutu młotem, byli na międzynarodowej konferencji rzutu młotem. Już jesteśmy umówieni na zorganizowanie spotkania z innymi szkoleniowcami. Mają przygotować kilka slajdów, porozmawiamy. Zaprosimy wszystkich chętnych. Niedawno z Karolem Sikorskim wróciłem też ze szkolenia w Kuortane i również planujemy podzielić się wiedzą tam zdobytą z innymi krajowymi trenerami. Kiedyś Zbigniew Czajkowski, trener szermierki i teoretyk sportu, stwierdził, że dobra jest tylko ta teoria, która sprawdza się w praktyce. To jest złota myśl, która cały czas przyświeca mi w pracy trenerskiej.

Ten brak przekazywania wiedzy dość mocno widać właśnie w rzucie młotem.

Zostają pewne przekazy, wspomnienia warsztatowe po trenerze Czesławie Cybulskim. Natomiast nie ma żadnych opracowanych materiałów jego myśli treningowej. A pamięć jest zawodna, uciekają i będą uciekać różne fakty i zdarzenia. W rzucie młotem jest dużo problemów. Mamy dwóch wybitnych zawodników, chociaż już mastersów. Potem jest dwójka rzucających w okolice 70 metrów i młodzieżowca na 68 metrów z kawałkiem. Czekamy na kolejnych, aż przejdą z lżejszego sprzętu na ten seniorski. To dla zawodników są wręcz epokowe zmiany. Niezwykle istotna jest budowa somatyczna, motoryka, jakość mięśni, odpowiednio mocnego kośćca. Na tym trzeba zbudować miotacza, który będzie w stanie wytrzymywać ogromne przeciążenia jakie generuje ta konkurencja. Ja jestem zwolennikiem techniki biomechanicznej w każdej naszej konkurencji... Jeśli chcemy daleko rzucić, musimy posiadaną siłę, moc transferować w sprzęt najlepiej w 100%, a żeby to było możliwe wektory sił nie mogą się rozjechać... Świetnym tego przykładem jest Małgosia Maślak, o której rozmawialiśmy. Jej w tym sezonie udało się te wektory idealnie złożyć i osiągnęła wyniki światowe.  

Jakie marzenie, takie poza wynikowo-sportowe, masz jako nowy szef bloku rzutów?

Marzy mi się pełna wymiana informacji między trenerami. Żebyśmy ze sobą rozmawiali, dzieli się wiedzą. Nie bali się tego. Każdy z nas robi coś dobrze, ale każdy z nas może też robić coś lepiej.

Na koniec odjedźmy od rzutów lekkoatletycznych. W 1991 roku w Bremie przebiegłeś maraton. Jest plan na powtórkę?

Robiłem w życiu różne rzeczy, także poza sportem, na tyle ile czasu i siły mi starczało. Kiedyś pojawił się pomysł pokonania maratonu. W ramach przygotowań do niego przebiegłem mniej więcej 1400 kilometrów. To przełożyło się na czas na poziomie 2:45:18. Całkiem niezły wynik, nie ma co się wstydzić.. Co do powtórki, to nie. Ten maraton wymagał przygotowań, traktuję to wydarzenie z ogromnym sentymentem. Teraz cieszę się, że po różnych perypetiach zdrowotnych, dziś jestem jeszcze w stanie pograć z zawodnikami w koszykówkę czy unihokeja… To coś, co wzbogaca nasze życie, które często funkcjonuje tylko w przestrzeni praca-dom, jednak dla higieny psychicznej dobrze mieć i realizować różne pomysły.

Maciej Jałoszyński / foto: Tomasz Kasjaniuk

Powrót do listy

Więcej