Podczas lekkoatletycznych halowych mistrzostw kraju swoją bogatą sportową karierę zakończył najlepszy wieloboista ostatnich lat w Polsce Paweł Wiesiołek. – Zrobiłem w karierze kilka dziesięciobojów na poziomie ponad 8000 punktów, a takie wyniki sprawiają, że mogę nazywać się prawdziwym wieloboistą – przyznaje zawodnik, który w 2021 roku zdobył też brązowy medal mistrzostw Europy w hali.
Przez ostatnią dekadę Paweł Wiesiołek był najlepszym polskim wieloboistą. W 2015 roku w Götzis pierwszy raz w karierze przekroczył barierę 8000 punktów – jego ówczesny wynik 8140 pkt. był najlepszym rezultatem w polskim dziesięcioboju od ponad 15 lat. Kolejne lata to między innymi zakończone wynikami ponad 8000 punktów starty w mistrzostwach świata w Dosze oraz na igrzyskach olimpijskich w Tokio. W 2021 roku Wiesiołek zdobył brązowy medal halowych mistrzostw Europy. Przez lata trenował w grupach Marka Rzepki i następnie Michała Modelskiego. Podczas marcowych halowych mistrzostw Polski w Kujawsko-Pomorskiej Arenie Toruń zakończył karierę sportową. Teraz skupia się na rodzinie i tworzy własną akademię lekkoatletyczną.
Pamiętasz swój pierwszy start w wieloboju?
Oczywiście. Tego się nie zapomina. To był rok 2007, zawody w Łodzi. Byłem zaskoczony, jako nowy wieloboista, atmosferą, która panowała między uczestnikami tych zawodów. To z pewnością w jakimś stopniu sprawiło, że rozkochałem się w wielobojach. Nie spodziewałem się, że podczas zawodów można liczyć nie tylko na doping ze strony kibiców, ale też uczestników, samych zawodników.
Dzięki temu, że rywalizujecie przez dwa dni, tworzycie swoistą wielobojową rodzinę.
Zgadza się, to dobre określenie. Można nawiązać wiele relacji i utrzymywać je przez lata. Na zawodach jesteśmy ze sobą od rana do wieczora. To normalne, że nawiązujemy jakieś relacje.
A czy tobie udało się utrzymać jakąś relację, którą zawiązałeś wtedy, na początku kariery?
W jakiś sposób mam nadal kontakt z Igorem Tylmanem. On trenował już wcześniej z Markiem Rzepką, który był moim pierwszym szkoleniowcem. Piszem do siebie w miarę regularnie. Później spotkałem Rafała Hobowicza, z którym mam teraz bardzo dobrą, przyjacielską, relację. Jest też kilku zagranicznych zawodników, z którymi utrzymuję kontakt. Oni zawsze napiszą dobre słowo, życzenia na święta.
Wracając do twojej kariery, to wydaje się, że takim przełomowym momentem był w niej rok 2015, w którym pierwszy raz przekroczyłeś w dziesięcioboju 8000 punktów.
To był pierwszy krok do tego wielkiego świata wielobojowego, do rywalizacji z najlepszymi. Zawsze moim celem było przekroczyć ten wynik. To 8000 punktów to taka górna poprzeczka dla dziesięcioboju, jak zrobi się taki wynik, można nazywać się prawdziwym wieloboistą. Pamiętam, że w 2015 roku wygrałem zawody we Florencji, zrobiłem tam nieco ponad 7800 punktów. Na tej imprezie był dyrektor Götzis, najlepszego wielobojowego mityngu na świecie. Jednym z moich marzeń był start tam. No i dostałem zaproszenie, wystartowałem i zrobiłem 8140 punktów. To była przepustka do tego, aby rywalizować z seniorami i zacząć jeździć na zawody rangi mistrzostw Europy i świata.
Miałeś w dorobku starty w reprezentacji Polski na młodzieżowych imprezach, pucharze Europy – ale to 8140 dało ci przepustkę do Pekinu, na mistrzostwa świata.
Tak było. Może nie uzyskałem tam satysfakcjonującego wyniku, ale bardzo dobrze wspominam te zawody. Startowałem tam z Ashtonem Eatonem. On wtedy poprawiał rekord świata, który należał do Romana Šebrle. Miałem okazję zamienić z nim kilka zdań i jednocześnie startować w historycznym dziesięcioboju. Dodatkowo na trybunach było 50 000 widzów, biegał Usain Bolt. Duże przeżycie, które pamiętam do tej pory.
Kolejny start na mistrzostwach świata zanotowałeś w 2019 roku w Dosze, tam już sportowo było zdecydowanie lepiej.
W Katarze zrobiłem ponad 8000 punktów. Wiesz, w wielobojach jest różnie. Czasem wychodzi ci start, a potem jedziesz na kolejny i jest zupełnie inaczej. Tak było w Pekinie, gdzie po słabszym wejściu w wielobój trudno było mi się pozbierać. Natomiast przed Dohą byłem na zgrupowaniu w Turcji. Mieliśmy tam mocną ekipę. Był Piotrek Lisek, Robert Sobera. Mogłem trenować poszczególne konkurencje w towarzystwie najlepszych polskich lekkoatletów. Wszystko szkło rewelacyjnie. Na mistrzostwach świata zawaliłem rzut dyskiem. Tak to jest, jedna konkurencja zaważa na całości. Nie zmienia to tego, że faktycznie w Dosze zakończyłem na dwunastym miejscu, z niezłym wynikiem.
W 2021 roku w niezwykły sposób walczyłeś o awans na igrzyska do Tokio. Wystartowałeś w pięciu dziesięciobojach, minimum wypełniłeś dopiero pod koniec czerwca w Warszawie. To był najbardziej szalony moment twojej kariery?
Zdecydowanie! Do dziś nie wiem, jak to zrobiłem, że co dwa tygodnie byłem w stanie jechać na zawody i walczyć o minimum olimpijskie. Natomiast sportowo czułem się mocny. W hali zdobyłem brązowy medal mistrzostw Europy, więc wchodząc w sezon letni, wiedziałem, że stać mnie na bardzo dobry wynik. Minimum olimpijskie wynosiło 8350 punktów, mój rekord życiowy był na poziomie ponad 100 punktów słabszy. Nie miałem zatem zapasów w konkurencjach, dlatego podjęliśmy z trenerem decyzję, że lecimy na kolejne wieloboje. W Aronie zawaliłem dysk, potem w Ratingien też nie było dobrze. Mistrzostwa Polski w Warszawie, gdzie uzyskałem 8333 punktów, to był już bardzo dobry start, ale też nie poszło mi w rzucie dyskiem. Gdyby nie on, uzbierałbym pewnie ponad 8400 punktów. Zresztą na taki wynik liczyliśmy. Ten sezon 2021 był wyjątkowy, miałem klapki na oczach i cały czas była walka o Tokio. Chciałem tam wystartować, wiedziałem, że to jest mój rok. Czułem się na rekord Polski.
A jak wspominasz ten olimpijski start?
Świetnie przepracowałem obóz przygotowawczy i świetnie czułem się na starcie. Niestety podczas skoku wzwyż doznałem poważnej kontuzji, związanej z paznokciami u stóp. Skończyłem jakoś ten pierwszy dzień, na drugi ledwo wyszedłem. Miałem wtedy do usunięcia siedem paznokci. Lekarze starali się postawić mnie, nomen omen, na nogi. Dostałem zastrzyki przeciwbólowe. Była wiec walka i uważam, że wynik jaki osiągnąłem w tych warunkach, był bardzo bardzo dobry. Zająłem dwunaste miejsce, zgromadziłem ponad 8170 punktów. Natomiast ten sezon kosztował mnie bardzo dużo, szczególnie patrząc z perspektywy. W kolejnych latach to się odbiło na moim organizmie, w 2022 i 2023 on wyraźnie mówił stop.
Mimo tych przeciwności uzyskałeś w Tokio wartościowy wynik. To pokazuje też twoją sportową waleczność. A powiedz, jaki był najtrudniejszy moment twojej kariery? Domyślam się, że ten najlepszy to medal mistrzostw Europy, a co jest na drugim biegunie?
Tak naprawdę było ich sporo. Głównie to kontuzje. Miałem naderwany mięsień dwugłowy, problemy z barkiem. Były kłopoty z plecami. Najpoważniejszym urazem było naderwanie mięśnia prostego brzucha przy spojeniu łonowym i naderwanie przywodziciela. To był rok 2022, mistrzostwa Europy w Monachium. Byłem fizycznie i psychicznie gotowy do walki z najlepszymi. Po pierwszym dniu byłem piąty. W drugiej części zawodów było już ciężej. Właśnie z powodu tej kontuzji, ale mimo wszystko głowa chciała. Pojechałem tam walczyć o czołową lokatę. Niestety uraz mi na to nie pozwolił. Nie byłem w stanie wyjść na rzut oszczepem. Po mistrzostwach było naprawdę trudno. Nie mogłem kichnąć, nie mogłem normalnie usiąść na toaletę i się wypróżnić. Ból był nie do zniesienia. Długo walczyłem z tą kontuzją. Były zastrzyki, które nie pomagały. W końcu trafiłem na dobrego fizjoterapeutę, który pomógł mi przez trzymiesięczny okres przygotowawczy. Wyleczyłem się i myślałem, że wrócę do formy z 2021 roku. Niestety wtedy do drzwi zapukał PESEL.
W Monachium srebrny medal w dziesięcioboju zdobył wtedy Simon Ehammer, który przed kilkunastoma dniami poprawił w Kujawsko-Pomorskiej Arenie Toruń halowy rekord świata w siedmioboju. W której konkurencji Szwajcar najbardziej ci zaimponował podczas mistrzostw świata w hali?
Pamiętam doskonale, jak razem startowaliśmy. Podczas mistrzostw Europy w 2021 roku w Toruniu nawet go pokonałem. Natomiast słabszymi stronami Ehammera były biegi długie. On na mistrzostwach świata pobiegł teraz 1000 metrów na poziomie 2:43.00. Pamiętam wiele naszych wspólnych wielobojów, po których on bardzo długo nie mógł dojść do siebie po biegu na 1000 czy 1500 metrów. Dlatego właśnie w tej konkurencji najbardziej mi zaimponował w Toruniu. Nie dość, że świetnie spisywał się w poszczególnych startach, to jeszcze na koniec był w stanie poprawić się w tej słabszej. Duży szacunek dla niego.
Przez lata ty byłeś swoistym frontmenem polskiego wieloboju panów. Regularnie uzyskiwałeś wyniki na poziomie ponad 8000 punktów. Teraz kiedy kończysz karierę, na arenę wchodzi młody Hubert Trościanka, już rekordzista świata juniorów.
Bardzo się cieszę, że on się pojawił. Mega mocno mu kibicuję. Zawsze chętnie mu pomogę. Trenowałem wieloboje 19 lat, wiem na czym, to polega. Natomiast Hubert jest dla mnie nadczłowiekiem, mutantem – oczywiście w dobrym znaczeniu tego słowa. Martwię się tylko o jego zdrowie. Wiem, że na początku kariery miał problemy z bólem łokcia, zabieg kolana. No i teraz ta nieszczęsna kontuzja Achillesa. Jest mi tak zwyczajnie smutno. Musi walczyć o powrót do zdrowia. To też nie jest takie proste. Trzymam maksymalnie mocno kciuki za niego. Mam nadzieję, że się podniesie z tej kontuzji i wróci mocniejszy. Kto wie? To jest człowiek, w którego zasięgu są rekordy świata i na stadionie i w hali. I to już nie juniorskie.
Mowa o zawodniku, który ma 20 lat.
Jest jeszcze dużo czasu, żeby wyszlifować ten diament. Wierzę, że jego starty będą cieszyły polskich kibiców przez lata.
Wiem, że chcesz pozostać przy lekkoatletyce mimo zakończenia kariery.
Rozwijam nowy projekt. To akademia lekkoatletyczna. Stawiam pierwsze kroki w tej sprawie, zajmuje się już promocją. Chciałbym zachęcać dzieciaki do uprawiania sportu.
Niedawno zostałeś ojcem. Przy małym dziecku jest naprawdę dużo wyzwań, czy to wielobojowe doświadczenie pomaga?
To jest prawdziwy wielobój! Malutka ma teraz 2 miesiące. Jest coraz bardziej aktywna. Wytrwałość i spokój są bardzo wskazane. Na szczęście mam mocne bicepsy, bo teraz ma taką fazę, że najlepiej czuje się na rękach. Trzeba ją nosić, bujać, przewijać. Mocne ręce się przydają. Dodatkowo dzięki temu, że byłem w sporcie mam siłę, żeby rano wstać, zająć się małą i pomóc mojej Paulinie przy dbaniu o dom. Mogę spokojnie przekopać trawnik. Dodatkowo zacząłem też pracę w jednostce wojskowej w Sochaczewie, w 3. Warszawskiej Brygadzie Obrony Powietrznej, zatem to też dodatkowe wyzwanie. A minął dopiero miesiąc od zakończenia mojej kariery sportowej. Przyznam się, że przez ten czas się nie ruszałem. Wczoraj wyszedłem pobiegać. Miałem zrobić takie minutówki, zobaczyć gdzie jestem. Ale sportowa głowa mi na to nie pozwoliła. Zrobiłem osiem kilometrów i dziś trudno mi było wstać z łóżka. Jestem szczęśliwy, że tak żyję.
Przed nami święta wielkanocne, bardzo rodzinny czas.
Cieszę się na niego, bo przez ostatnie lata zawsze w tym okresie byłem na zgrupowaniach. Teraz będzie czas żeby przypomnieć sobie tradycję i spędzić święta z rodziną.
Będziesz pomagał w przygotowaniach?
Oczywiście. Uwielbiam gotować, uwielbiam gościć rodzinę, znajomych i przyjaciół. Jestem teraz trochę taką kurą domową, ale bardzo dobrze się z tym czuję. Przez ostatnie lata byłem sam. Jeździłem z punktu A do B. Ciągle hotele, zgrupowania, zawody, samoloty. Teraz w domu mam różne obowiązki – rodzicielskie, ale też takie domowe. Wracając do świąt, to żurku nie umiem gotować, ale jest wiele innych potraw.
A jakie jest twoje popisowe wielkanocne danie?
Trudno powiedzieć. Jeśli chodzi o jedzenie, to najlepsze jest zwykłe jajko gotowane z majonezem, solą i pieprzem, ogórkiem kiszonym. Do tego dobre pieczywko i mamy klasyczne święta. Nie jestem dobry w pieczenie ciasta. Nie robiłem nigdy żurku, to może jest takie zadanie na te święta? Zrobić żurek – zobaczymy, co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że nie będzie kwaśny, tylko taki do zjedzenia.
Maciej Jałoszyński / foto (ilustracyjne): Tomasz Kasjaniuk