Menu
1 / 0
Aktualności /

Dariusz Szczepanik: stoi za nami doświadczenie liczone w dekadach

Dariusz Szczepanik: stoi za nami doświadczenie liczone w dekadach

W roku 2026 swoje 60-lecie świętuje jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek lekkoatletycznych na świecie – firma Polanik, której siedziba od początku działalności znajduje się w Piotrkowie Trybunalskim. – Za naszymi produktami stoi doświadczenie, które można już liczyć w dekadach – mówi w długiej rozmowie, także o trudnych początkach działalności syn założyciela i obecny prezes Dariusz Szczepanik.

Historia firmy Polanik zaczyna się w roku 1966. Właśnie wtedy Wiesław Szczepanik, zmarły w 2020 roku, zaczął produkować w niewielkim warsztacie między innymi tablice rejestracyjne oraz sprzęt gospodarstwa domowego. Niespełna dekadę później do asortymentu dołączyły oszczepy. Tak zaczęła się trwająca do dziś historia marki, która od lat 90. XX wieku jest obecna na najważniejszych arenach lekkoatletycznych świata. Historię firmy oraz wyzwania, jakie stały przed nią w pierwszych latach działalności i w okresie zmian ustrojowych przedstawia obecny właściciel przedsiębiorstwa Dariusz Szczepanik.

Rozmawiamy przy okazji jubileuszu 60-lecia istnienia firmy Polanik, którą w 1966 roku założył Pański Tata Wiesław Szczepanik. Jakie jest Pana pierwsze wspomnienie związane z firmą?

Tych wspomnień jest cała masa. Niektóre z biegiem czasu siłą rzeczy się zacierają. Natomiast całe moje dzieciństwo obraca się wokół zakładu, firmy. Na początku to była bardzo skromna działalność, mały warsztacik mieszczący się na parterze domu, w którym mieszkaliśmy. Kręciłem się tam od dzieciaka i w formie zabawy coś sobie wycinałem, stawałem przy stole z imadłem.

Ale jeszcze wtedy samodzielnie oszczepów Pan nie robił?

Nie, nie. Natomiast w okresie wakacyjnym, gdy byłem już nieco starszy, to pracowało się normalnie przy prasach, wiertarkach, kowarkach.

Jak wyglądały początki firmy?

Kiedy Tata zakładał firmę, mnie nie było na świecie. To była jakaś wynajęta komórka, zresztą to miejsce już nie istnieje. Moje wspomnienia to początek lat 70. Wtedy zamieszkaliśmy na Wiejskiej w Piotrkowie Trybunalskim. Tata zbudował dom, na piętrze mieszkanie, na parterze warsztat. Podobnie, gdy budowany był zakład w obecnej lokalizacji, to też na piętrze było mieszkanie Rodziców, a na porterze biuro. Na Wiejskiej najpierw na parterze powstał zakład, potem, gdy udało się zarobić, nadbudowano piętro. Pierwsze oszczepy o prostej, stalowej konstrukcji, powstawały w drewnianych komórkach, wybudowanych w podwórzu.

Zanim zaczęto produkować oszczepy, Pański Tata zajmował się inną działalnością. Produkował między innymi tablice rejestracyjne. Jak to się stało, że dostał zlecenie na produkcję specjalistycznego sprzętu sportowego?

Tak jak to często bywa w takich historiach, zdecydował przypadek. Tata nigdy nie był sportowcem, nie był lekkoatletą. Był konstruktorem i wynalazcą, wybitnie uzdolnionym człowiekiem. W tamtych czasach w Piotrkowie Trybunalskim był już producent oszczepów, które sprzedawał za granicę poprzez centralę handlu zagranicznego. To był okres, w którym prywatny eksport nie był możliwy. Przypominam, że mówimy o latach 70. Na rynku było zapotrzebowanie na oszczepy, a Polska potrzebowała dewiz. Ten piotrkowski rzemieślnik, o którym wspomniałem, nie był w stanie sprostać zamówieniom. Tata był zrzeszony jak wszyscy w spółdzielni oraz w cechu rzemiosł. Na jednym z zebrań zapytano, kto jest chętny do produkcji oszczepów. Mój Tata był znany z tego, że lubił wyzwania. Zgłosił się. Zaczął produkować te oszczepy, ale robił to po swojemu. Zmechanizował proces i dzięki temu miał dużo lepszą wydajność od wspomnianego rzemieślnika. I tak to ruszyło. Dziś tamtego producenta już nie ma, nie było sukcesora. Tymczasem Tata zachęcony sukcesem postanowił produkować oszczepy wyczynowe. Te pierwsze były bardzo prostym sprzętem, treningowym, sprzedawanym do szkół. Pojawił się zatem plan, aby zrobić oszczep profesjonalny. W okolicach 1975 roku zaczęto produkować oszczepy stalowe, a mniej więcej 10 lat później aluminiowe. Także ten proces rozwoju zajął chwilę. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że wówczas nie było takiego systemu certyfikacji sprzętu lekkoatletycznego, jaki znamy obecnie. Wysłaliśmy wtedy próbki naszych oszczepów do Londynu, gdzie znajdowała się siedziba międzynarodowej federacji IAAF. Po jakimś czasie dostaliśmy list zwrotny z informacją, że produkowany przez nas sprzęt nadaje się do używania na zawodach.

To otworzyło jakiś nowy rozdział w historii marki Polanik?

Tata w tym czasie postanowił, żeby skupić się na sprzęcie lekkoatletycznym. Z czasem zaczęliśmy produkować kule, dyski i młoty. Na tyle pozwalały gabaryty naszego zakładziku przy Wiejskiej. Już wówczas pojawiły się jednak plany na rozbudowę. Działka przy Życzliwej, gdzie dziś Polanik ma siedzibę, została kupiona na początku lat 80. To było pole truskawek, 1,5 hektara. Do tego hala, jakaś pamiątka upadającego PGR-u. Wszystko stało odłogiem kilka lat, tak naprawdę do zmiany ustroju. Wtedy otworzyły się linie kredytowe dla małych i średnich firm. Tata z tego skorzystał i zbudował pierwszą halę produkcyjną.

Zamiana Wiejskiej na Życzliwą brzmi nieco jak podróż ze wschodu na nowoczesny zachód.

Można tak powiedzieć. To były jeszcze trochę siermiężne czasy, prywatna działalność nie była mile widziana przez władze. Myślę tutaj o latach 80., jeszcze przed przeprowadzką do nowego zakładu. Proszę sobie wyobrazić, że my sprzedawaliśmy sprzęt do centrali handlu zagranicznego, na przykład Universalu. I to oni dostarczali ten towar do odbiorców, już za dewizy. My dostawaliśmy połowę ceny w twardej walucie, drugą w złotówkach po oficjalnym kursie. To nie były duże pieniądze, ale pozwalały się rozwijać.

To był czas, kiedy na rynku pojawiła się marka Polanik, bo wcześniej ten sprzęt był sygnowany tylko nazwiskiem producenta.

Tata zaczynał o zakładu rzemieślniczego, zajmował się ślusarstwem. On miał takie marzenie, być niezależnym, robić to co kocha. Początkowo oszczepy miały tylko informację, że ich produkcją zajmuje się Wiesław Szczepanik. Nazwa Polanik pojawiła się dopiero w latach 80. Opowiem taką historię – ogólnie w tamtych czasach było przekonanie, że polskie produkty nie są dobre. To była obiegowa opinia. My sprzedawaliśmy mało sprzętu do Polski, ale mieliśmy klienta z Niemiec, firmę Berg i tą marką sygnowaliśmy towary wysyłane na Zachód. Dochodziło wtedy do kuriozalnych historii, że polskie kluby ścigały z Niemiec sprzęt Berga, który produkowaliśmy my w Piotrkowie Trybunalskim. Na szczęście to szybko wyszło na jaw i zaczęła się budowa takiego zaufania do naszego brandu w polskim środowisku lekkoatletycznym. Od tego czasu zaczęliśmy wystawiać się na targach, budować markę Polanik. W kraju też wtedy zaczęto uznawać i doceniać jakość naszych produktów.

Pamiętam taką scenę – to była końcówka lat 90. Jako dzieciak byłem z moim Tatą na Życzliwej, odbieraliśmy zamówione przez Legię oszczepy. Ówczesny szef Polanika, Pański Tata, odebrał wtedy telefon z zamówieniem sprzętu bodajże ze Stanów Zjednoczonych. Proszę opowiedzieć, jak w tej ostatniej dekadzie XX wieku budowało się międzynarodową renomę, miejsce na rynku sprzętu sportowego?

To zaczęło się już w latach 80. Ministerstwa wydawały wtedy takie specjalne zezwolenia dla firm, aby one mogły eksportować swoje produkty bez pośrednictwa państwowej instytucji. Dziś to brzmi bardzo absurdalnie. Natomiast to były czasy kryzysu w Polsce, który dał pewną odwilż dla prywatnej działalności. Luzowano nieco restrykcje, żeby pozyskiwać dewizy dla biednej wówczas Polski. Tacie udało się uzyskać takie zezwolenie. Był rok 1985-1986, ja miałem wtedy 17-18 lat i udało się nam wyjechać za granicę. Dostaliśmy paszporty, wizy. Jak wspomniałem wcześniej, zaczęliśmy wówczas produkować oszczepy aluminiowe. Wzięliśmy ich kilka do samochodu i pojechaliśmy na zachód. Wcześniej z ambasad otrzymaliśmy kontakty do firm zajmujących się handlem sprzętem sportowym. Jechało się potem do takich miejsc, w Belgii, Holandii, Niemczech. Tata pukał do drzwi i mówił, że nazywa się Wiesław Szczepanik i przywiózł oszczepy. On nie znał języka, znał parę słów po niemiecku. Natomiast gdy pokazywał produkt, to klienci podchodzili z życzliwością. Wielu z nich szybko szukało jakiegoś Polaka, który mógłby być tłumaczem. Takie były początki. Zresztą z niektórymi z tych firm współpracujemy do dziś.

W jaki sposób udało się sprofesjonalizować te działania?

Podnajęliśmy fragment stoiska na targach ISPO w Monachium. Nas nie było stać na samodzielne miejsce, ale jedna z łódzkich firm z branży tekstylnej – z którą kontakt mieliśmy przez Izbę Gospodarczą – pozwoliła nam skorzystać z niewielkiej części swojego stanowiska. Było malutkie, jakiś stoliczek i kilka oszczepów. Tam pozyskaliśmy pierwszych klientów. Samodzielnie udało nam się wystawić dopiero w 1999 roku. Zresztą to były inne czasy. Świetnie działał marketing szeptany. Kiedy w Niemczech ktoś zobaczył, że w Polsce produkuje się dobre i niedrogie oszczepy, to przekazywał taką wiedzę kolejnym osobom. Hurtownicy zgłaszali się do nas przez spółdzielnię rzemieślniczą, korespondencję wysyłało się teleksem i czekanie na odpowiedź trwało niezwykle długo. Dopiero później pojawił się w firmie fax. Niesamowite czasy! Opłaciło mi się wtedy zapakować trochę płotków do samochodu dostawczego i osobiście zawozić je do klienta w zachodniej Europie. Dziś to nierealne.

Dziś marka Polanik jest obecna niemal na całym świecie. Jaki jest najbardziej egzotyczny kraj, do którego wysłaliście sprzęt?

To trudne pytanie! Mogę powiedzieć, że nasze towary były wysyłane do Nowej Zelandii, Peru, Korei Południowej, na Jamajkę czy do Kolumbii. Mamy silnego partnera na Tajwanie. Już ponad 20 lat temu zaopatrywaliśmy stadion w Chile, gdy gościło mistrzostwa świata juniorów. Dostarczaliśmy wyposażenie na igrzyska panamerykańskie w Dominikanie, też wiele, wiele lat temu. Duże dostawy realizujemy na Bliski Wschód. Dużo straciliśmy na wojnie za naszą granicą. Rosja i Ukraina były dla nas bardzo ważnymi rynkami, budowanymi dekadami.

Jak zatem wygląda obecnie struktura sprzedażowa?

Około 30% sprzętu sprzedajmy na rynek krajowy. Połowę naszego eksportu stanowi Unia Europejska, a drugą połowę reszta świata.

Spojrzałem przed naszą rozmową do dokumentów World Athletics. Na liście certyfikowanego sprzętu jest ok. 160 pozycji sygnowanych marką Polanik. To pokazuje, jaką drogę przeszła firma od tego małego wynajmowanego pomieszczenia do globalnego potentata. Co tak naprawdę stoi za tym sukcesem?

Konsekwencja w działaniu i metoda małych kroczków. Polanik to firma, która rozwija się z pokolenia na pokolenie. Nie jesteśmy wielkim przedsiębiorstwem, tylko rodzinną spółką. Zatrudniamy około 140 osób. To nie jest jakaś przeogromna firma, jak na ten wiek i staż. Kiedyś postanowiliśmy, że sukces odniesiemy w momencie, gdy będziemy w stanie w pełni wyposażyć stadion lekkoatletyczny. Tak zbudowaliśmy to portfolio, w którym jest 160 certyfikowanych sprzętów. A to jest tylko część z ponad 1000 produktów, jakie mamy w ofercie! To wszystko zajęło nam dekady, ale nie oszukujmy się – początki od lat 60. do 80., gdy prywatna inicjatywa była tłamszona, nie pozwalały na dynamiczny rozwój. Czasem zastanawialiśmy się, jakby wyglądała nasza firma, gdyby Tata od początku miał możliwości, jakie pojawiły się w kolejnych latach działania. Najlepsze lata młodości przypadły na trudne dla prywatnych przedsiębiorców czasy. Prawdziwy zakład przemysłowy Tata zaczął budować w wieku ponad 55 lat! Dopiero wtedy mógł rozwinąć skrzydła.

Wspomniał Pan, że w asortymencie macie około 1000 produktów. Który z nich jest najtrudniejszy w produkcji?

Myślę, że to jednak nadal są oszczepy. Kiedy zaczynaliśmy je produkować, Tata nie tylko wymyślił technologię, ale też sam przygotował maszyny, skonstruował je i wykonał. Oszczep tylko dla laika wydaje się prostym sprzętem, rurką ze stożkowanymi końcami. A przecież on ma blisko 20 punktów pomiaru! To nie jest tylko długość, punkt ciężkości i waga. Jest wiele innych parametrów. Przy innych sprzętach stosuje się powszechnie dostępne maszyny i urządzenia. Oszczep wymaga innej technologii. My się systematycznie rozwijamy, inwestujemy w nowoczesny park maszynowy, np. obecnie wdrażamy robota spawalniczego. Natomiast przy produkcji oszczepów wciąż korzystamy z maszyn, które wymyślił, skonstruował i wyprodukował Tata.

Można powiedzieć taki hand made.

Dokładnie! Hand made by Wiesław Szczepanik. Naturalnie my te maszyny unowocześniliśmy, ale główna idea i pomysł Taty, który opatentował wiele lat temu, nadal funkcjonuje.

Skoro oszczep jest najtrudniejszy w produkcji, to co jest najłatwiejsze w wykonaniu?

Chyba pałeczka sztafetowa.

Wróćmy jeszcze do oszczepów. Ile mniej więcej produkujecie ich w skali roku?

Teraz sprzedajmy około 13 000 – 15 000 sztuk rocznie. Natomiast były takie lata, w których ta liczba sięgała 30 000. Skąd ta zmiana? Po prostu produkowaliśmy dużo oszczepów szkolnych i treningowych, a obecnie rynek taniego sprzętu przejęła konkurencja z dalekiego Wschodu. My w międzyczasie zmieniliśmy strategię i skoncentrowaliśmy się na produkcji sprzętu wyczynowego, dla wymagających, profesjonalnych lekkoatletów. Na szczęście są jeszcze kupujący, którzy decydują się wydać większe pieniądze za lepszy sprzęt.

Rynek indyjski z pewnością jest bardzo ciekawy w ostatnich latach, szczególnie dzięki postaci mistrza olimpijskiego Chopry, który jest bohaterem tamtejszego sportu, dotychczas głównie skupionego na krykiecie czy hokeju na trawie. Natomiast chciałem wrócić do tego wolumenu sprzedaży. 13 000 – 15 000 brzmi imponująco. Jaki był rząd wielkości na początku działania firmy, w czasach produkcji w małym warsztacie przy Wiejskiej?

Nie jestem w stanie tego teraz odtworzyć. Natomiast kiedy wchodziłem do firmy, blisko 40 lat temu, dużym zamówieniem było takie z Niemiec na 50 oszczepów. Sam woziłem ten towar na Zachód, przecież Polska nie była wówczas takim potentatem w logistyce, jakim jest dziś.

Dziś jesteśmy wiodącym krajem nie tylko w logistyce, ale też w organizacji wydarzeń sportowych. Raptem kilka dni temu podjęto decyzję, że będziemy gospodarzem mistrzostw Europy w roku 2028. To też wyzwanie dla Was jako partnera European Athletics?

Z pewnością, ale to wyzwanie, którego się nie boimy. Współpracujemy nie tylko z European Athletics, ale też z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki. Partnerstwo przy wielu imprezach nauczyło nas bardzo dużo, dlatego nie obawiamy się takich przedsięwzięć. Stoi za nami doświadczenie liczone w dekadach, które procentuje.

Wyposażacie kompleksowo stadiony lekkoatletyczne, a która konkurencja naszego sportu jest Pana ulubioną?

Trudne pytanie! Dla mnie najbardziej emocjonujące są konkurencje rzutowe. Oczywiście ma to podwójne znaczenie – bo z jednej strony sama konkurencja jest widowiskowa, z drugiej mamy w firmie taki nawyk, że najpierw patrzymy jakiego sprzętu używa zawodnik. Lubię też skok o tyczce, szczególnie w wydaniu plenerowym. To bardzo widowiskowe wydarzenia. Kiedy ogląda się to z bliska, to wrażenia są dużo większe, niż gdy patrzy się na taki sam konkurs rozgrywany na stadionie, siedząc na trybunach. Emocjonujące są też biegi płotkarskie, w których ostatnio nasi zawodnicy odnoszą sukcesy. Znakomicie ogląda się sztafety, czy to te tradycyjne, czy mieszane. Oglądam to wszystko z wypiekami na twarzy, dlatego chyba jednak trudno byłoby wskazać jedną jedyną konkurencję. Szczególnie że jestem nie tylko kibicem, ale też producentem sprzętu.

Hasłem promocyjnym firmy Polanik jest slogan „pomagamy zwyciężać”. Czy z okazji 60-lecia najlepszymi życzeniami byłby takie, aby polscy lekkoatleci odnosili wielkie sukcesy, zdobywali medale, właśnie korzystając z produktów Pańskiej firmy?

Tak, zdecydowanie. Wspaniałym prezentem na 60-lecie jest to, że widzimy nasz sprzęt na stadionach, nie tylko w Polsce. To daje nam zawsze nową motywację do dalszego rozwoju!

Maciej Jałoszyński

Powrót do listy

Więcej