Menu
1 / 0
Aktualności /

Paweł Wyszyński: trzeba robić swoje w ciszy, a nie podpalać się na sukcesy

Paweł Wyszyński: trzeba robić swoje w ciszy, a nie podpalać się na sukcesy

Jeszcze w 2023 roku wywalczył wicemistrzostwo Polski do lat 23 w skoku w dal, a dwa lata później podczas Gali Orlen Złote Kolce został uznany trenerem roku w naszym kraju. Szkoleniowiec Marii Żodzik, srebrnej medalistki mistrzostw świata w skoku wzwyż, podkreśla, że preferuje spokojną pracę. – W procesie treningowym trzeba robić swoje, a nie podpalać się na sukcesy – mówi w rozmowie z nami Paweł Wyszyński.

Urodzony w 2001 roku Paweł Wyszyński jako zawodnik KS Podlasie Białystok trenował w grupie Roberta Nazarkiewicza skok w dal. Należał do krajowej czołówki w kategoriach U20 oraz U23. W 2023 roku został we Włocławku młodzieżowym wicemistrzem Polski, doprowadzając rekord życiowy do poziomu 7.06. Kilkanaście miesięcy później został trenerem Marii Żodzik. W pierwszym roku wspólnej pracy duet Wyszyński-Żodzik wywalczył dla Polski srebrny medal mistrzostw świata w Tokio.

Czy Ty jesteś typem hazardzisty?

Chyba raczej nie.

Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Młody trener, podejmujący pracę z klasową zawodniczką, olimpijką. To trochę brzmi jak historia człowieka, który lubi ryzyko.

W tym przypadku to faktycznie podjąłem ryzyko. Tylko to takie sportowe, a nie hazardowe ryzyko. A może nawet życiowe? W każdym razie to fakt postrzegam to jako ryzyko. Może nawet skrajne?

Podjąłeś jednak to ryzyko, wyzwanie. Wasza współpraca jednak zaowocowała dość szybko, bo już sezon halowy 2025 przyniósł dobre wyniki. Ten start Marii w Gorzowie Wielkopolskim był takim pierwszym sygnałem, że współpraca działa.

To była taka informacja, że wszystkie bodźce treningowe, które wprowadzaliśmy, działają. Pokazało to, że one odpowiadają zawodniczce. Czuliśmy wtedy, że coś zaczyna działać. To pozwoliło nam poczuć, że dajemy sobie taką szansę w relacji trener-zawodnik. Wcześniej zastanawiałem się gdzieś, czy to, co zaplanowałem dla Marii, zaowocuje. Miałem z tyłu głowy myśl, że będzie albo regres, albo progres. Wyszło jednak na dobre, zobaczyliśmy, że to działa i mogliśmy iść dalej.

A ten wynik z Gorzowa Wielkopolskiego był dla Ciebie zaskoczeniem?

1.98. Tak, jak najbardziej. Wiesz, liczyłem, że Maria skoczyć ponad 1.90. Natomiast w grę wchodziło raczej 1.93 czy 1.95, a nie 1.98.

Świeży układ zawodnik-trener przyniósł szybki sukces, progres wynikowy. To chyba był dla Was taki katalizator do dalszej pracy?

To, co wydarzyło się w hali, było ważne, ale jednak ważniejsze miało dopiero nadejść. Kontuzja. Zamiast cieszyć się z tego wszystkiego, trzeba było naprawiać zdrowie. To było najważniejszym aspektem, który pozwolił nam powoli wrócić do normalnego treningu.

W związku z kontuzją Marii musiałeś wprowadzić jakieś zamienniki w treningu.

Rozmawiałem o tym ostatnio i z trenerami i z zawodnikami. W tym treningu była wielka niewiadoma. Zapisywałem wszystko w zeszycie, bo tak naprawdę większość z tych rzeczy mogła po prostu nie wyjść. Głównie z racji dyskomfortu i bólu. Musiałem szukać zamienników. Wiadomo, jakieś jednostki treningowe. Zdarzało się jednak, że robiliśmy jakieś ćwiczenie, które ktoś mógłby określić jako głupie. Tylko często one przynosiły pozytywny efekt.

W jednym z wywiadów dla Forum Trenera powiedziałeś, że nie boisz się nowinek trenerskich. Dużo ich zatem wprowadzasz w pracy z Marią?

Dla układu nerwowego zawodnika jakieś nowe bodźce, nowe impulsy to zawsze pewna niewiadoma. Ja lubię widzieć, jak wprowadzane nowinki działają. Wtedy czuję, że ta praca jest dobra. Natomiast szczerze mówiąc, trzeba pamiętać, że to, co dobrze funkcjonuje w planie treningowym jednego zawodnika, niekoniecznie będzie działało u innego.

Poruszasz szalenie istotną kwestię, czyli to, że trener musi znaleźć sposób na dotarcie do konkretnego zawodnika.

Tak, to jest niezwykle spersonalizowane. Trening musi być dopasowany do konkretnej osoby.

Trener bloku skoków Michał Tittinger wspierał Marię podczas drużynowych mistrzostw Europy w Madrycie. Rozmawialiśmy po tym występie i o Twojej zawodniczce wypowiadał się w samych superlatywach. Ona tam była bliska pokonania rekordzistki świata. Czy to był ten moment, który pokazywał, że praca wykonana po sezonie halowym przełoży się na fajne skoki latem?

Pracowaliśmy wtedy w spokoju, w ciszy. Nie chcieliśmy się podpalać na żadnych zawodach. Plan był jasny – iść spokojnie do celu. Mistrzostwa w Madrycie pokazały, że Maria może skoczyć 2 metry. Tamto 1.97 miało zapas i ten skok był taki… hmm swobodny. Wtedy wiedzieliśmy, co jest grane. Pozostało nam do tego celu dojść, powoli.

Dwa najważniejsze starty Marii w tym roku miały miejsce w sierpniu i wrześniu. Oba w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. Mam na myśli triumf w Diamentowej Lidze oraz finał mistrzostw świata. Czy to jest taka zawodniczka, która preferuje jednak trudne warunki, one są dla niej dodatkowym bodźcem motywacyjnym?

To ciężkie pytanie. Wróciłbym raczej do poprzedniego wątku. Nam absolutnie chodzi o to, żeby się nie podpalać. Robić swoje w ciszy. Znając zawodnika od tej strony jego zdrowia, trzeba po prostu podchodzić do pewnych spraw z pokorą. Nie jest tak, że jak są ciężkie warunki, to zawodnik ma dostać jakiś dodatkowy bodziec. Mocniej skakać na przykład w ulewie. Po prostu zawodnik musi odnaleźć się w okolicznościach, w jakich przyszło mu startować. Jedni są w stanie lepiej to zrobić inni gorzej. My już wiemy, że Maria jest w stanie się dobrze w tym odnaleźć. Czy to jest dla niej przyjemne? Wątpię! Takie warunki raczej nikomu nie sprawiają przyjemności.

Kibice z pewnością ten konkurs z Tokio zestawią z innymi deszczowymi medalami polskiego skoku wzwyż. Mam na myśli, chociażby Montreal 1976 i olimpijskie złoto Jacka Wszoły, czy 2009 roku i brąz mistrzostw świata Sylwestra Bednarka. Teraz doszło srebro Marii Żodzik z deszczowego Tokio. A jakie emocje grały wtedy w Tobie, w Jej trenerze podczas konkursu finałowego?

Będę szczerzy – ja już do końca nie wiem, co wtedy czułem. Chyba wszystko naraz. Było i ogromne szczęście, że jednak zdobyliśmy ten medal dla Polski. Jedyny i to na ostatni moment. Drugie to pewnie ulga. Ten konkurs oznaczał, że sezon się kończy. On był długi, intensywny. Trudny. A po nim nadchodził też ten moment odpoczynku. Byłem wtedy po prostu zmęczony.

Sezon faktycznie długi, bo dla Marii zaczął się w styczniu i kończył w połowie września.

To też sprawiło, że tych emocji było we mnie tak dużo. Oczywiście pozytywnych, bo tych negatywnych raczej nie dostrzegam. W moim przypadku cały ten finał mistrzostw świata z Tokio dziś jest jak film, sen. Ale organizm, tak jak już powiedziałem, czuł zmęczenie.

Wspomniałeś, że Maria zdobył jedyny medal dla Polski w Tokio i dokonała tego w ostatnim finale mistrzostw. Za kilka tygodni halowe mistrzostwa świata odbędą się w naszym kraju, w Kujawsko-Pomorskiej Arenie Toruń. Tam będzie zupełnie inaczej niż w Japonii, bo finał skoku wzwyż kobiet będzie tym pierwszym, rozegranym w piątkowe przedpołudnie. Jak wygląda Wasz trening w kontekście tych zawodów?

Przygotowania do sezonu 2026 zaczęliśmy dość późno, ale to wynikało z kalendarza lekkoatletycznego sezonu 2025. Maria była już na jednym obozie w Zakopanem. Planujemy też zgrupowanie w Toruniu. Przygotowujemy się do tych startów halowych powoli, wierzę, że schemat z zeszłego roku przyniesie efekty. Najważniejsze, żeby uniknąć tych demonów kontuzji. Wiadomo, że ona może wracać. Trzeba o tym zawsze pamiętać. Dlatego też wolę zagrać spokojnym treningiem. I tak jak mówiłem: nie napalamy się, nie przesadzamy z bodźcami. Myślę, że wyjdzie z tego całkiem fajne skakanie.

W 2014 roku mistrzostwo świata w skoku wzwyż wywalczyła w hali na pograniczu Sopotu i Gdańska Kamila Lićwinko, zawodniczka Podlasia Białystok. Teraz oczy kibiców znów będą zwrócone na tę konkurencję i reprezentantkę klubu z Białegostoku. Przytłacza Was trochę rola faworyta?

Nawet o tym nie myślimy. Pamiętajmy też, że to jest skok wzwyż. Zawsze może ktoś odpalić i wskoczyć z dalszego szeregu na czoło. Musimy mieć to z tyłu głowy. Natomiast o roli faworytów zupełnie nie myślimy.

A jak wygląda Wasz kalendarz startowy na sezon halowy 2026?

Zaczniemy w Łodzi, 25 stycznia podczas Orlen Cup. Nie planujemy startować w Gorzowie Wielkopolskim, zatem w Polsce później będziemy skakać dopiero na mistrzostwach kraju w Toruniu. Po drodze Maria ma jeszcze jeden start zagraniczny. Zwieńczeniem sezonu będą mistrzostwa świata.

Masz jeszcze czas na granie na gitarze?

Tak, leży nawet teraz obok mnie. Czasami tykam.

Spotkałem się z opinią, że jeśli ktoś gra na jakimś instrumencie to jest to dobry trening dla lekkoatlety. Pozwala na zapamiętywanie pewnych schematów, co z kolei pozwala na łatwiejsze przyswajanie techniki. Jak Ty to widzisz?

Myślę, że przede wszystkim uczy pokory. Jak ci coś nie wyjdzie za pierwszym, drugim, czternastym razem to jednak trzeba to przetrwać. Z tym zapamiętywaniem schematów, to też  ciekawe zagadnienie. Mnie natomiast gra na gitarze przede wszystkim relaksuje, a nie wprowadza w jakiś sportowy tryb.

A jaki jest Twój ulubiony gitarzysta?

W sumie jest ich sporo. Jest Tim Henderson, świetny gitarzysta. Myślę, że ta lista ulubionych byłaby naprawdę długa, ale tego jednego ciężko mi będzie wskazać.

Maciej Jałoszyński / foto: Rafał Oleksiewicz

Powrót do listy

Więcej