Menu
1 / 2
Aktualności /

Patrycja Wyciszkiewicz: zawsze byłam zdeterminowana żeby wrócić na bieżnię silniejsza

Patrycja Wyciszkiewicz: zawsze byłam zdeterminowana żeby wrócić na bieżnię silniejsza
Patrycja Wyciszkiewicz: zawsze byłam zdeterminowana żeby wrócić na bieżnię silniejsza Patrycja Wyciszkiewicz: zawsze byłam zdeterminowana żeby wrócić na bieżnię silniejsza

Podczas niedawnej Gali ORLEN Złote Kolce Śląskie 2025 oficjalnie bogatą karierę sportową zakończyła Patrycja Wyciszkiewicz, przez lata podpora żeńskiej sztafety 4 x 400 metrów, ale też zmagała się z licznymi kontuzjami. – Zawsze byłam mocno zdeterminowana, żeby wracać na bieżnię silniejszą – przyznaje w długiej rozmowie z nami wielokrotna medalistka najważniejszych międzynarodowych imprez w biegu na 400 metrów oraz w sztafecie.

Urodzona w 1994 roku Patrycja Wyciszkiewicz już jako juniorka młodsza należała do ścisłej krajowej czołówki w biegu na 400 metrów. W 2011 roku zadebiutowała w seniorskiej kadrze, a rok później była już olimpijką. Podczas mistrzostw Europy do lat 20 w 2013 roku zdobyła dwa złote medale – w sztafecie oraz indywidualnie, bijąc rekord Polski Anety Lemiesz. W kolejnych latach była podporą reprezentacyjnej sztafety 4 x 400 metrów. Jej kariera usłana była nie tylko sukcesami, ale też licznymi kontuzjami, po których wracała na bieżnię. Pod koniec 2024 ogłosiła zakończenie kariery sportowej, za którą Polski Związek Lekkiej Atletyki dziękował jej podczas niedawnej gali na Superauto.pl Stadionie Śląskim. Dziś Patrycja Wyciszkiewicz to między innymi dydaktyk i pracownik poznańskiego magistratu. Zasiada także w Komisji Wyróżnień i Dyscypliny PZLA. W długiej rozmowie opowiada między innymi o tym, jak ważna w życiu sportowców jest determinacja.

Co czuje młody człowiek, sprawny fizycznie, któremu życie wyznacza nowe zadanie: naukę chodzenia?

Pytasz w kontekście operacji, czy tego, jak wychodziłam ze świata zawodowego sportu?

Wszystkiego, co działo się w Twojej karierze. Bo ona w wielu momentach była naznaczona takimi trudnymi sytuacjami, a ta nauka chodzenia – po kolejnej operacji – była jedną z nich.

To jest bardzo trudne. Byłam sprawną osobą. Jak wracałam z obozu pociągiem i miałam ze sobą dwie walizki – taką podstawową i drugą kabinową – to po wejściu do przedziału widziałam, jak panowie z wyrzutem czekali, aż niewiasta poprosi ich o pomoc w umieszczeniu ich nad miejscem do siedzenia. I z takim niedowierzaniem patrzyli na mnie, kiedy sama te walizki tam kładłam. Wiadomo, że stereotypowe myślenie jest takie, że kobieta może podnieść mniej. Natomiast, gdy po takich historiach siadasz na wózku inwalidzkim i masz niesprawne dwie nogi to duży ciężar. Potem kiedy jedna noga jest już sprawna, na tej drugiej dalej uczysz się stawać, chodzić i ruszać palcami. To jest wymagające psychicznie przede wszystkim. Oczywiście, że fizycznie też, bo wiadomo, ta ruchomość nie jest taka jak powinna być. Robią się różne zrosty. Trzeba się zacząć uczyć się chodzić i ruszać kończyną, która jest trzeci, czy czwarty raz zszyta w podobnym miejscu. Człowiek patrzy na taką ranę, tam, gdzie się goi, i wkłada wiele wysiłku, żeby te struktury przywracać, żeby wracała ruchomość. To jest wiele procesów. W żadnym z nich nie można przesadzić. Gdy obciążasz nogę po 2-3-4 tygodniach od zabiegu i widzisz szwy oraz rozległość zabiegu czujesz dysonans, że najlepiej to może jednak tego nie ruszać. To jest bardzo trudne psychiczne. I w każdym kolejnym razie wcale nie jest łatwiejsze.

Mówisz dużo o tej trudności psychicznej, o sytuacjach, w których zwykły człowiek miałby duże problemy, żeby przejść przez nie samodzielnie. Korzystałaś wtedy z pomocy psychologa?

Ja miałam ten plus, że nie byłam sama. Był przy mnie zespół lekarzy, terapeutów, rehabilitantów. Oni wszyscy byli bardzo mocno zaangażowani. Mogłam do nich zadzwonić o każdej porze dnia i nocy, przez ten okres 2 lat. Tak naprawdę, to widywałam się z nimi równie często, jak z rodziną, bo praktycznie codziennie. W tej kwestii nie byłam sama i czułam się zaopiekowana. Oni widzieli w którą stronę to idzie, czy musimy zrobić kolejny krok. Pracowałam też z psychologiem. W momencie, w którym dowiadujesz się, że nie jedziesz na igrzyska olimpijskie, na mistrzostwach Polski organizowanych w twoim mieście nie wchodzisz do finału, a później przez kontuzje musisz operować jednocześnie dwie nogi naraz, co wiąże się z bardzo dużą niepełnosprawnością, to bez takiej pomocy nie można się obejść. Następstwem tych wszystkich zabiegów jest nie tylko niemożność pójścia do sklepu, ale tak podstawowych rzeczy, jak skorzystania z toalety czy prysznica. Człowiek jest uzależniony od drugiej strony. Wiadomo, że przy takich sytuacjach, to wsparcie psychologiczne i taka pomoc były bardzo konieczne.

Czy swego rodzaju rehabilitacją był dla Ciebie film „O milimetry”, który powstał kilka lat temu na bazie Twojej historii? Mogłaś się podzielić z szerokim gronem odbiorców tymi wszystkim doświadczeniami.

To była w ogóle dość śmieszna historia. Pojawiła się grupa ambitnych studentów, która się do mnie zgłosiła. Stwierdziłam, że w tym czasie tak naprawdę nie mam nic do stracenia. Byłam w takim momencie swojego życia, w którym dzięki temu, że miałam kontuzję, to była w nim przestrzeń na robienie innych rzeczy. Może właśnie pokazanie takiej codzienności związanej z operacją, z bólem. Z uczeniem się chodzenia. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie to pewien rodzaj szkoły, wsparcia dla innych sportowców, którzy też z takimi dylematami będą musieli się niestety mierzyć.

Różnych dylematów nie brakowało i w Twoim sportowym życiu. Czasem można odnieść wrażenie, że po prostu przeszłaś nad nimi do porządku dziennym. Można się do takich problemów przyzwyczaić i nauczyć się z nich wychodzić?

Myślę, że tyle lat byłam w sporcie i on nauczył mnie takiego projektowego, zadaniowego podejścia do realizowania rzeczy. Masz gdzieś start i widzisz metę. I tak zamykasz w jeden projekt operację nogi. On nie jest zamknięty takim wynikiem, jaki być chciał, więc musisz wejść w niego od nowa. I z każdym zabiegiem widzisz coraz więcej światełek, że jest lepiej. Że ten projekt idzie w dobrą stronę. Wiadomo, że to wszystko nie jest łatwe. To bardzo mocno pokazuje, ile masz w sobie takiej siły i determinacji. A ja byłam bardzo mocno zdeterminowanych do tego, żeby na tę bieżnię jeszcze wrócić i wystartować. Myślę, że to mi się udało.

Wspominasz o tym starcie, a ten start Twojej wielkie lekkoatletycznej kariery był w pewien sposób wybuchowy. Jako bardzo młoda zawodniczka, juniorka młodsza, zadebiutowałaś w seniorskiej kadrze na drużynowych mistrzostwach Europy. Rok później byłaś już olimpijką, poleciałaś do Londynu. Czy to był zbyt mocny początek, czy był nauką?

Na pewno był nauką. Jak teraz sobie patrzę na to wszystko, będąc już po drugiej stronie, i widzę, ile tam było plusów oraz minusów w tej całej karierze to bym podjęła drugi raz taką samą decyzję. Mając pewność, że na przykład nic się nie zmieni, że nie mam wpływu na to, iż będą miała cztery razy operowaną nogę. Że pojadę na igrzyska, będąc tak młodą zawodniczką, zdobędę taki i taki medal, a gdzieś tam przegram, to zrobiłabym to jeszcze raz. Wiadomo, że gdybym mogła pewne kwestie zmienić, to też bym je zmieniła. Natomiast warto było przez te ostatnie 15 lat żyć tak, a nie inaczej. Z całym dobrodziejstwem inwentarza. Myślę, że to, co powiem, jest takie bardzo obrazoburcze. Miałam to szczęście, że zadebiutowałam w kadrze, kiedy w polskim biegu na 400 metrów kobiet była zapaść. Nie było szybko biegających zawodniczek. To dopiero się rodziło, a bieganie na poziomie 52-53 sekund dawało medale mistrzostw Polski i starty reprezentacyjne.

Ty biegałaś dużo szybciej. Złoto mistrzostw Europy juniorek w 2013 roku zdobyłaś z czasem 51.56, a to wtedy robiło naprawdę wielkie wrażenie.

Myślę, że ten wynik i dziś robi takie wrażenie. Mimo tego, że świat poszedł do przodu. Wiadomo, że dziś jest technologia, która wkroczyła na salony lekkoatletyczne. Chodzi mi przede wszystkim o kolce, ale też i o podłoża, na którym się biega. Natomiast ja podchodziłam do tego z wielką pokorą. Mój trener Edward Motyl uczył mnie tego. Zawsze mówił, że do przodu trzeba iść powoli. Trochę się śmieję, że ja byłam takim samochodem z niesamowicie dobrym silnikiem, ale słabą karoserią. Chyba właśnie dlatego nigdy nie przyszedł ten moment, w którym pobiegłabym poniżej 51 sekund. Natomiast będąc tak młodym zawodnikiem, trzeba być też bardzo świadomym człowiekiem. W tamtym czasie te 10-15 lat temu, nie było aż takiego dostępu do wiedzy, informacji, jak teraz.  

Wspomniałaś o trenerze Motylu, już niestety nieżyjącym. W czasach gdy Ciebie trenował nie był już młodym szkoleniowcem, ale miał ogromny bagaż doświadczeń. To też był rodzaj handicapu dla Ciebie, że miałaś obok siebie takiego trenera?

Zdecydowanie tak. On miał takie swoje podejście do pewnych spraw. Zawsze powtarzał, że rozwój ma być spokojny. Mówił: jak będziesz biegać, to i za rok, czy dwa pojedziesz na mistrzostwa świata, igrzyska. Warunek jest taki, że trzeba być zdrowym. Jednak niezależnie od tego, co robiliśmy, w jaki sposób działaliśmy, to te kontuzje prędzej czy później przychodziły. Niemniej trener Motyl był nie tylko osobą, która wprowadziła mnie na salony lekkiej atletyki. On uczył mnie po prostu tego, jak być dobrym człowiekiem. Ja żyć, czym się w tym życiu kierować. Myślę, że tutaj ta druga strona tej relacji, taka po prostu bardzo życiowa, jest ważna. Życzyłabym każdemu sportowcowi, żeby na swojej drodze spotkał takiego szkoleniowca, jakim był Edward Motyl.

Na tej swojej sportowej drodze Ty później spotkałaś Tomasza Lewandowskiego. On wcześniej nie trenował biegaczki na 400 metrów, a Ciebie doprowadził do świetnych wyników. Pamiętamy, chociażby znakomity start w Dosze w 2019 roku, kiedy wspólnie z dziewczynami zdobyłaś wicemistrzostwo świata w sztafecie.

W Katarze pobiegłam na zmianie bodajże 49.7. To był pierwszy bieg od czasów Ireny Szewińskiej, gdy Polka uzyskała taki wynik w sztafecie, bez butów z karbonem pobiegłam poniżej 50 sekund. To było bardzo duże osiągnięcie. To był przełom września i października. Czułam, że jestem w topowej dyspozycji i co by się nie działo, to ja stanę i pobiegnę swoje. Natomiast sam okres przygotowawczy do mistrzostw w Dosze był trudny. Po World Relays w Jokohamie, w maju, miałam zapalenie rozcięgna podeszwowego. Wprowadziliśmy zatem trening zastępczy, dlatego mistrzostwa Polski w moim wykonaniu były dość słabe. Przeszłam zapalenie płuc i inne choroby. Środek tego sezonu był słaby, ale ciężka praca, którą potem wykonałam, zaowocowała. Zresztą ja do trenera Lewandowskiego przeszłam z konkretnym planem, czyli przedłużeniem dystansu na 800 metrów.

Zadebiutowałaś na nim jednak dopiero w 2023 roku.

Lata 2019-2020 miały być przejściowe. Chciałam jeszcze biegać 400 metrów, bo byłam przekonana, że na igrzyskach w Tokio sztafeta zdobędzie medal. Nie pomyliłam się.

Tylko nikt nie przewidział, że na świecie pojawi się COVID-19.

Dokładnie! Nie myśleliśmy, że będzie pandemia, że igrzyska zostaną przełożone na rok 2021. Pewnie, gdyby Tokio odbyło się zgodnie z planem, to i moja historia byłaby inna. Teraz nie ma jednak, co gdybać na ten temat. Natomiast praca z Tomaszem Lewandowskim była bardzo dobrym czasem. On ma niesamowitą wiedzę, umiejętności trenerskie. Zresztą potwierdzają to wyniki, chociażby Marcina Lewandowskiego, Angeliki Cichockiej.

Ostatecznie to przedłużenie dystansu z 400 do 800 metrów w Twoim przypadku nie wyszło jednak tak, jak sobie to zaplanowałaś?

Myślę, że gdyby to było zrobione może nie inaczej, ale w innych okolicznościach, to wyglądałoby inaczej. Przejście z wielkiego topu biegania na 400 metrów, a nie z operacji i zabiegów, dałoby inne efekty. Ja wróciłam na bieżnię po czterech zabiegach, a w zasadzie to wróciłam do jakiegoś tam normalnego funkcjonowania. Także to wypadkowa wielu czynników. Myślę, że gdybym miała więcej czasu, to wyglądałoby to zupełnie inaczej. W każdym razie po czterech zabiegach na Achillesach wróciłam na stadion i pobiegłam 800 metrów w nieco ponad 2:02.00. Uważam, że to całkiem dobry wynik jak na dwuletnią przerwę od trenowania i biegania. Duża w tym też zasługa trenera Jacka Kostrzeby, z którym wówczas podjęłam współpracę.

Ostatnio Femke Bol ogłosiła, że będzie chciała biegać na 800 metrów. To zawodniczka, która jest też świetną płotkarką. Jak Ty widzisz jej szanse na tym dłuższym dystansie?

Z mojej perspektywy mogę powiedzieć, że to, że ktoś jest super szybki i super wytrzymały i jesteś w stanie pobiec 48 sekund płaskie 400 metrów, to można założyć, że ma 10 sekund zapasu na okrążeniu i jak następne poleci w 58 sekund to ma już wynik na poziomie światowym. Natomiast tak nie jest. My 400-metrowcy może jesteśmy przyczajeni do pewnego komfortu, biegniemy sobie równo, nikt nam nie zabiega, nie przeszkadza. Nie ma przepychanek. Mamy swój tor od początku do końca. Nie musimy się zastanawiać, w której części grupy biec, czy z przodu, czy jednak na końcu. Na pewno Femke będzie musiała się nauczyć biegać w grupie i będzie musiała biegać taktycznie. W samotnym starcie może nawet ustanowić rekord świata na 800 metrów. Wierzę, że jej trener do tego podejdzie w sposób mądry i do tego ją przygotuje. Niemniej w takim w biegu z rywalizacją, może mieć problem z uzyskaniem takiego czasu.

Femke zmienia na dystans na 800 metrów, a przed nami sezon 2026 – bogaty w wydarzenia lekkoatletyczne. Czekają nas między innymi mistrzostwa świata w Toruniu oraz europejski czempionat w Birmingham. Jak Ty widzisz polskie kobiecie 400 metrów w przyszłym sezonie?

Mamy Natalię, która jest niekwestionowaną liderką kadry. Ciężko na to zapracowała i życzę jej, aby na tym piedestale najlepszej polskiej biegaczki na 400 metrów jeszcze pobyła. Wierzę, że ona może jeszcze te swoje granice przesuwać. Wierzę też, że Justyna Święty-Ersetic wróci do takich swoich biegów, jakie pamiętamy. Są też młode dziewczyny. Papiery na szybkie bieganie ma chociażby Anna Gryc.

Ona też coraz szybciej biega 400 metrów przez płotki.

Oczywiście. Natomiast są też Ola Formella, czy Alicja Wrona-Kutrzepa. Moim zdaniem przez najbliższe 2-3 lata mamy żeńskie 400 metrów zaopiekowane, czyli dziewczyny będą biegać w finałach mistrzostw Europy i świata. Co będzie dalej? Mam takie poczucie, że ta presja młodzieży jest niewystarczająca. Musimy mieć już teraz w zanadrzu takie 20-latki, które gdzieś tam prężnie w przedsionku tej wielkiej kadry stroją. Chcą szybko biegać, chcą startować. Wydaje mi się, że takiego zaplecza obecnie nie mamy.

W tym co mówisz, widać pewną analogię do sytuacji z czasów, gdy Ty wchodziłaś do kadry. Tam było dużo młodych i ambitnych dziewczyn. Wspominałaś o Justynie, ale też Małgorzata Hołub biegała bardzo dobrze.

Wiele dziewczyn wtedy było. Agata Bednarek, Iga Baumgart, Magda Gorzkowska. Myśmy z rozpędu weszły wtedy na podobny poziom i zaczęłyśmy się wspólnie napędzać. Chociażby przez rywalizację między sobą. Teraz też trzeba szukać większej ilości dziewczyn, dwie nam nie wystarczą. Potrzebujemy ich więcej. Może spoczęliśmy trochę na laurach, po latach dobrobytu polskiej sztafety? Młodzież ma swoje imprezy docelowe, ale tam nie ma takiej presji. To jest zupełnie inna odpowiedzialność niż w takim dorosłym sporcie. Już teraz trzeba szukać tych nowych osób, nowych twarzy.

Powiedz, proszę, który bieg uważasz za najlepszy w swojej karierze? Czy to któryś z tych, w jakich biłaś rekordy życiowe? Może to ten z Rieti, z 2013 roku?

To jest bardzo trudne pytanie. Każdy z tych biegów był inny. Z pewnością jednym z tych lepszych był bieg z Tallinna, z 2015 roku, kiedy zdobywałam indywidualnie brązowy medal mistrzostw Europy U23. Inny, który mogę wskazać to ten z Krakowa, też z 2015 roku, gdzie zostałam mistrzynią Polski. Wspominam też dobrze chyba taki z roku 2010, z Bydgoszczy. Byłam bardzo młoda, a pobiegłam 56 sekund.

Ostatnio wystartowałaś na 5 kilometrów, w przededniu poznańskiego maratonu. Czy dla Patrycji Wyciszkiewicz trudniej jest przebiec 400 metrów, czy jednak 5 kilometrów?

Biegałem „piątkę” już wtedy, gdy szykowałam się do startów na 800 metrów. Uzyskiwałam nawet lepsze wyniki niż teraz w Poznaniu. Ogólnie to jest trudne do porównania. Dziś wolę przebiec 5 kilometrów, a może i półmaraton. To jest po prostu komfortowe bieganie. Bez presji, robię to dla siebie. Jeśli się zmęczę, to po prostu się zmęczę. Jeśli potrzebuję się zatrzymać, to tak robię. Zbyt dużo razy leżałam po biegu na 400 metrów, miałam zalany kwasem mlekowym pośladek i chciało mi się płakać. Dziś za to podziękuję, wolę 5 kilometrów.

Maciej Jałoszyński / foto (ilustracyjne): Marek Biczyk, Tomasz Kasjaniuk

Powrót do listy

Więcej