W sobotnie późne popołudnie podczas mityngu Gorzów Jump Festival w imponującym stylu wypełniła minimum na mistrzostwa świata oraz poprawiła 46-letni halowy rekord Polski w skoku w dal. – Przygotowując się do tego sezonu, stawiałam sobie różne cele, ale ustanowienie rekordu Polski nie miało największego priorytetu – przyznaje w rozmowie z nami Anna Matuszewicz.
Urodzona w 2003 roku zawodniczka MKL Toruń przygodę z lekkoatletyką zaczęła dokładnie dekadę temu, pod skrzydłami doświadczonego szkoleniowca Gabriela Mańkowskiego. Jako juniorka doprowadziła rekord Polski w skoku w dal pod dachem do poziomu 6.41. W 2021 była finalistką mistrzostw świata U20, a rok później na imprezie tej samej rangi zajęła piąte miejsce. Obecnie trenuje z Jackiem Butkiewiczem oraz podczas zgrupowań kadrowych z Pawłem Zdrajkowskim. Do dalekiego skakania wróciła w roku 2025 – ustanowiła wtedy między innymi rekord Polski do lat 23. 31 stycznia 2026 roku w Gorzowie Wielkopolskim, podczas zawodów rangi World Athletics Indoor Tour Silver, wynikiem 6.77 wymazała z tabel statystycznych 46-letni rekord Polski Anny Włodarczyk i zapewniła sobie prawo startu w mistrzostwach świata, które odbędą się w jej domowej hali – Kujawsko-Pomorskiej Arenie Toruń.
Ochłonęłaś już trochę po tym gorzowskim szale?
Musiałam bardzo szybko, bo przecież kolejnego dnia startowałam już w Toruniu. Najważniejsze było szybko wrócić do domu i jak najwięcej pospać. Udało się tylko trzy godzinki. Trzeba się jednak było pokazać u siebie. Myślę, że to, co się wydarzyło w Gorzowie Wielkopolskim, będzie do mnie dochodziło jeszcze przez kilka dni, póki co nie do końca to mnie dociera.
Chcesz powiedzieć, że w sobotę ustanowiłaś rekord Polski, spałaś trzy godziny i dzień później w Toruniu skoczyłaś jeszcze ponad 6.60?
Tak.
To imponujące, szybka regeneracja.
Trener nie pozwolił mi na więcej! Pierwszy skok w Toruniu był niemierzony, w drugim było 6.63 i wtedy trener wycofał mnie z konkursu. Kto wie, co wydarzyłoby się, gdybym mogła skakać dalej.
Ciekawą statystykę przedstawił na platformie X Tomasz Spodenkiewicz, że Anna Matuszewicz jest mistrzynią ostatnich prób. Tak też było w Gorzowie Wielkopolskim – piąta próba niemierzona i w szóstej serii skok na rekord Polski. Jak Ty to robisz, że potrafisz się zmotywować na te ostatnie skoki?
Myślę, że to dużo pracy z psychologiem. Z Grzegorzem Więcławem pracujemy już 5 lat i myślę, że ta praca bardzo mocno nam owocuje. Głowa w konkurencjach technicznych jest naprawdę bardzo ważna. Myślę, że nawet ważniejsza niż to przygotowanie fizyczne. Muszę przyznać, że w sobotę w Gorzowie nie czułam się specjalnie dobrze. Rano byłam niewyspana, zmęczona. Przez głowę przeszła mi taka myśl, że ten konkurs może nie potoczyć się najlepiej. Umiałam się jednak zmotywować, publiczność potrafiła mnie ponieść. I ten rekord Polski padł w ostatniej kolejce.
W ten sezon weszłaś podobnie jak w poprzedni – świetnym, rekordowym dla Ciebie, biegiem na 60 metrów. To ponownie przekłada się na dobre skoki w dal. Czy z trenerem przykładacie się jakoś specjalnie do tego treningu szybkościowego?
Tak. Trening biegowy u mnie to jest podstawa. Bardzo dużo biegamy na treningu i właśnie kładziemy na nacisk też na tempo. Kiedy porównuję się do innych dziewczyn, z którymi trenuję na obozach kadrowych, no to one tego tempa praktycznie nie biegają, a ja dalej łupię. Bieganie to u mnie podstawa i z tego potem udaje się fajnie skakać.
Fajnie skakać, czyli poprawić 46-letni rekord Polski. To historyczny wynik, odbierasz to tak?
Właśnie ciężko mi to określić. Przygotowując się do sezonu, mimo że nikt mi to w nie wierzył, to ja naprawdę nie myślałam w ogóle o tym rekordzie Polski. Skupiałam się podczas treningów, na wykonywaniu poszczególnych elementów, które miały dać dalekie skakanie. Oczywiście, że zapisałam sobie gdzieś ten rekord Polski w celach na sezon, ale był tam pomiędzy chociażby minimum i rekordem życiowym, który był właśnie priorytetem.
Ale minimum na mistrzostwa świata to 6.75, a do soboty rekord Polski wynosił 6.74!
No ja to wiem (śmiech). Mam takie wrażenie, że rekord Polski działa na zawodników inaczej niż na przykład minimum. Przynajmniej ja tak mam. Rekordzistów Polski jest niewielu, tylko nieliczni mogą się chlubić takim mianem, a minima robi mega dużo osób. Łatwiej jest przekierować myślenie na chęć zrobienia minimum, czy po prostu na rekord życiowy. Co prawda ja byłam w tej korzystnej sytuacji, że mój dotychczasowy rekord życiowy był blisko tych wyników. Zatem gdybym skończyła sezon halowy tylko z życiówką, to też byłabym mega zadowolona z siebie. Tylko z drugiej strony, żeby zrobić życiówkę, to trzeba myśleć o konkretnych elementach. Wychodząc na start mam w głównie te elementy, które wypracowałam na treningu i o których mam myśleć podczas konkursu. To przynosi wyniki, a nie myślenie o tym, żebym skoczyła 6.75.
Powiedz czy Ty jesteś cierpliwą zawodniczką? Kilka lat temu, jako juniorka, byłaś swego rodzaju objawieniem. Potem pojawiło się kilka trudniejszych sezonów i teraz wracasz do dalekiego skakania. Trudno było to przetrwać? Wielu zawodników w takich chwilach odchodzi od sportu, Ty jednak robiłaś swoje systematycznie i dziś jesteś rekordzistką Polski.
Najtrudniejszy był dla mnie rok 2023. To był pierwszy rok studiów. Nowe otoczenie, bardzo dużo od siebie wymagałam. Zaczynałam studia prawnicze, nie chciałam wtedy korzystać z udogodnień jak przekładanie sesji. Chciałam wszystko zaliczać, najlepiej na same piątki. Trudno to było pogodzić z trenowaniem. Oczywiście trening był ważny, ale przyszły obciążenia psychiczne. Pojawiły się problemy zdrowotne, bardzo schudłam, zniknął mi okres. Potrzebowałam czasu na to, żeby się odbudować. Wracając do pierwszej części pytania –nazywano mnie objawieniem w roku 2021.
Skakałaś wtedy, jako juniorka, naprawdę daleko. Fachowcy wieścili, że zaraz poprawisz rekord Polski do lat 20 w skoku w dal Ireny Szewińskiej.
Tak, tylko ja wtedy skakałam tak naprawdę wyłącznie z moich wrodzonych warunków. Jestem wysoka, szybko biegałam i z tego skakałam w okolicach 6.40. Tak naprawdę trzeba było czasu, żeby osiągać lepsze wyniki. Trzeba było dołożyć na przykład trening siłowy, którego wtedy w 2021 praktycznie nie robiłam. Potrzebny był czas, żeby wyzbyć się różnych błędów, które na początku nie były wyłapywane. Podsumowując – siłą rzeczy musiałam być cierpliwa. No i też miałam dookoła ludzi, którzy mówili mi, że mam potencjał i będę daleko skakać. To, że jest ciężki rok, kolejny niełatwy to na pewno warto trenować. A ja jestem też zadziora, więc nie mogłam tak łatwo odpuścić.
Pracowałaś wtedy z trenerem Gabrielem Mańkowskim. On miał duży wpływ na to, jak się sportowo ukształtowała Anna Matuszewicz?
Ogromny! Bardzo ciepło wspominam pierwsze lata pracy z trenerem. On zaszczepił we mnie taką miłość do sportu i pokazał, że można się tym bawić. Do dziś podkreślam właśnie, że to zabawa jest w tym wszystkim bardzo ważna, żeby się nie spinać na zawodach. Trener Mańkowskim prowadził mnie fantastycznie pod tym kątem ogólnorozwojowym. Nie skupialiśmy się wtedy tylko na skoku w dal. Bawiłam się w różne konkurencje, nie było treningu siłowego. Pierwszy raz sztangę dotknęłam w drugim roku juniora młodszego. I to bez obciążeń, sama sztanga. Inne dziewczyny brały wtedy różne ciężary po 60-70-100 kilo, a ja nic. Te trening był bardzo mądrze poprowadzony, dobrze zaaplikowany. Dzięki temu teraz mamy z czego dokładać. Kiedy przeszłam do trenera Jacka Butkiewicza, to mocno postawiliśmy na tę technikę z siłowni. Musiałam się nauczyć podstaw tych ćwiczeń. Potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby nauczyć się poprawnie robić wszystkie jednostki treningowe, tak żeby nie było żadnych przeciążeń. Musiałam też obudować te partie ciała, które były słabsze. Ciężary rosły sobie subiektywnie, ale już w tym roku były faktycznie zauważalne. Kroczek do przodu. Równolegle na zgrupowaniach pracowałam z trenerem Zdrajkowskim nad techniką skoku. Mam szczęście współpracować z tak dobrymi szkoleniowcami, którzy świetnie się uzupełniają.
A pamiętasz swoje pierwsze lekkoatletyczne kroczki? W bazie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki można znaleźć informację, że 13 maja 2016 roku przystąpiłaś do programu Lekkoatletyka dla Każdego!
Chyba nawet nie wiedziałam, że tak to się nazywało. Zaczęłam trenować w pierwszej klasie gimnazjum. Myślałam wtedy, że w przyszłości będę lekarzem. Ogólnie pierwszeństwo miała wtedy nauka, medycyna, rodzice też wpajali mi do głowy, że to najważniejsze sprawy. Dzięki temu nauczyłam się bardzo dobrej organizacji czasu i determinacji. Przełożyło się to na sport. W szkole na lekcji wychowania fizycznego moje predyspozycje sportowe odkrył profesor Pawłowski. Długo musiał mnie namawiać, chyba przez pół roku, żebym poszła na zajęcia do trenera Mańkowskiego. Bardzo nie chciałam, ale w końcu się złamałam. Powiedziałam sobie – pójdę i najwyższej dojdę do wniosku, że to nie dla mnie, a sumienie będzie czyste. Tylko że bardzo mi się spodobało i zaczęłam uczęszczać na treningi systematycznie. Wtedy to była dla mnie forma odpoczynku, odstresowania po jakimś nieudanym sprawdzianie z matematyki. Nie myślałam wtedy o sporcie przyszłościowo. To zmieniło się z biegiem lat.
Nie żałujesz?
O nie, absolutnie!
Ta świetna przygoda ze sportem zaprowadziła Cię do takiego momentu, w którym masz minimum i przygotowujesz się do startu w halowych mistrzostwach świata w swoim mieście. Nie masz zaplanowanych na ten czas żadnych wakacji tak jak przed rokiem przy okazji imprezy w Nankinie?
Nie, w tym roku zaplanowałam sobie inaczej kalendarz. Spodziewałam się jednak, że zrobię to minimum.
Jakie to będzie uczucie, startować na imprezie niemal we własnym domu.
O, ja widzę Arenę Toruń z okna pokoju w mieszkaniu!
Czyli na mistrzostwach świata wystartujesz prawie w swoim salonie. Myślisz już o tym starcie?
To będzie fantastyczne, ale póki co nie skupiam się na tym. Lubię podchodzić do spraw na bieżąco, a nie bardziej przyszłościowo. Póki co mam głowie jednostki treningowe do wykonania na obozie. Chcę ten czas przepracować jak najlepiej, dobrze się regenerować. Dopiero później będę myślała o kolejnych startach. I na samym końcu skupię się na mistrzostwach świata. To będzie najważniejszy start, niesamowicie się cieszę, że będę tutaj skakać. Rodzice kupili bilety na ślepo, nie czekając na mojej minimum, więc tutaj miałam wysoko postawioną poprzeczkę. Jakbym się nie zakwalifikowała to były lekki przypał (śmiech). Cieszę się na ten start, uwielbiam halę w Toruniu, publiczność. Ważne jest to, że zawsze są tutaj na trybunach moi bliscy. To dodatkowo niesie.
Rozmawialiśmy w Gorzowie Wielkopolskim po Twoim rekordowym skoku, że ta tymczasowa konstrukcja, która jest tam używana nie jest twoją ulubioną nawierzchnią. Wolisz zdecydowanie podłoże betonowe, a takim dysponuje Kujawsko-Pomorska Arena Toruń. To będzie handicap podczas mistrzostw świata?
O tak, zdecydowanie wolę startować na twardych nawierzchniach. Wydaje mi się, że to efekt tego, że jestem szybką zawodniczką i deski, które dodatkowo rezonują, pomagają tylko w teorii. Mnie to przeszkadza, bo nie wyrabiam się gdzieś tam na odbiciu. Natomiast po Gorzowie miałam, tak jak wspomniałam, krótką regenerację i w Toruniu skakałam daleko. Myślę, że gdybym zaczynała sezon skoku w dal u siebie, to byłabym w stanie uzyskać jeszcze lepsze wyniki. Także cieszę się, że te mistrzostwa będą u mnie, ale skakać daleko można tak naprawdę wszędzie, jak się jest w formie.
A gdzie kibice zobaczą w najbliższych startach Annę Matuszewicz?
Wystartuję w przyszłym tygodniu w Belgradzie, będę też na Copernicus Cup. Później w planach mam mistrzostwa Polski i być może występ na mityngu ISTAF Indoor w Berlinie. I na koniec wisienka na torcie, czyli halowe mistrzostwa świata w Toruniu!
Maciej Jałoszyński / foto: Tomasz Kasjaniuk